Jesteś tutaj

Tato

Obrazek użytkownika Piotr Knasiecki

Że coś jest z nim nie tak, spostrzegła od razu, gdy wbiegła do kuchni wprost
z pachnącego tymiankiem i bazylią ogrodu, którego tak zazdrościli mu sąsiedzi. Zazdrość była z pewnością jedynym szczerym do końca odruchem, do jakiego byli zdolni. Wszyscy oni, bez wyjątku. Pijak Pokrzycki, regularnie katujący swoją niedorozwiniętą żonę i tłukący bez powodu obie pasierbice. Ten spod lasu, odludek i dziwak, widywany czasem w kościele (zazwyczaj nie wchodził do środka, jednak w czasie majowych nabożeństw pchał się pod sam ołtarz, jakby rozdawano tam jakieś wojenne łupy, czy też związkowe deputaty).
No i Nowicka, ta z narożnej posesji. Baba Jaga. Miała czarnego kota i oswojonego kruka
w klatce. Klatkę wywieszała latem w ogrodzie, na gałęzi rozłożystej jabłoni, nie rodzącej już od dawna jabłek. Podobno kiedyś były najlepsze na szarlotkę. Nikt nie piekł takiej szarlotki, jak stara Nowicka. Tak mówili dobrzy ludzie. A skoro dobrzy ludzie tak mówili, to coś musiało w tym być... Dobrzy ludzie mówili też, że stara Nowicka miała kiedyś córkę. I że połamała jej kręgosłup sztachetą wyrwaną z płotu okalającego probostwo, żeby się nie uganiała za synem organisty. Ile w tym prawdy - nie wie dzisiaj już nikt.
Coś najwyraźniej było ze starym nie tak, jak trzeba. Siedział wprawdzie w swoim przepastnym fotelu, tym samym, co zawsze, wydawał się jednak całkowicie pozbawionym władzy nad tym, co go otaczało. Mało tego - nad własnym ciałem nawet. W każdym razie władza nad nim nie znajdowała najmniejszego nawet wyrazu. Po prostu tam siedział,
a z kącika jego ust sączyła się żałośnie ślina. Na nieogolonym policzku wyglądała jak pozostawiony przez pełznącego mozolnie winniczka wilgotny, fosforyzujący ślad.
-Co z tobą? - spytała bezwiednie.
Ciągle jeszcze skulona w oczekiwaniu na jego atak. Zawsze przecież go przypuszczał. Niezależnie od tego, skąd wracała, albo też, dokąd wychodziła. Gdy tylko był w stanie, atakował. W tej chwili akurat nie był w stanie. Łypał bezradnie lewym okiem. Prawe oko znieruchomiało w oczodole, podobnie jak prawy kącik ust, wykrzywionych w bolesnym grymasie. To stamtąd, z prawego ich kącika, sączył się ślimaczy trop. Na wytartych poręczach fotela zaciskały się dłonie, blade jak pośladki starej Nowickiej. Krew odpłynęła
z nich chyba do skołatanego mózgu, by podtrzymać w nim resztki tlącego się uparcie życia.
-Co z tobą, tato?
Aż się wzdrygnęła słysząc własny głos. Przez dwie dekady swego życia miała narastającą potrzebę splunięcia mu w twarz. Chciała wykrzyczeć mu prosto w oczy całą swoją nienawiść. Cały ból, do którego przyczyniał się dzień po dniu. Całe swoje upodlenie, do którego ją bezustannie przywodził. A teraz, gdy nie mógł poruszyć nawet powieką lewego oka, bezradny jak dziecko i niezdolny do obrony, nazywała go tatą. Była zła. Mało tego. Była wściekła na samą siebie.
-Możesz oddychać? - spytała. W jej głosie nie pobrzmiewało nic, co mogłoby go przekonać o tym, że ją to faktycznie obchodzi. Był zimny jak odmrożone stopy tego menela, co go znaleźli w styczniu na działkach. Amputowali mu. Obie.
Mógł oddychać. Zaświadczył o tym chrapliwym dźwiękiem, jakby wciągał powietrze przez intubacyjną rurkę. Słuchając go, nienawidziła go coraz bardziej szczerze.
-Wody... - wyszeptał. Miała wrażenie, że zużył na to całe powietrze zgromadzone
w zakamarkach płuc. Wyczerpało go to zupełnie. Oklapł jak meteorologiczny balon,
z którego spuszczono resztki helu. Gdyby siedział na krześle, zamiast w fotelu, zwisałby teraz z jego oparcia, jak wygniecione palto albo robotniczy drelich.
Wprawnym ruchem uchwyciła pałąk czajnika. Na suszarce znalazła grubościenną szklankę. Woda chlusnęła jak z cebrzyka. Jej nadmiar ściekał po rozdygotanym nadgarstku, gdy niosła szklankę przed sobą. Wyglądało to, jakby szkło zawierało jakąś obrzydliwą ciecz. Albo radioaktywny izotop. W każdym razie niosła je przed sobą, prostując ramię w łokciu. Łypał na nią sprawnym okiem, tocząc ślinę z kącika ust, pełen wdzięczności.
-Masz! Pij! - rzuciła na bezdechu.
-Tylko czajnik, kurwa, dzióbkiem nie w tę jebaną stronę, co powinien!- ciągnęła.
Jej dzieciństwo. Wypełnione jego dyktatem. Jego fobie i natręctwa, zamiast barwnych akwareli na ścianach. Jej przestrach, który pozostał do dziś i nadawał ton jej, ponoć już dorosłemu, życiu. I jego niezgoda na tę jej dorosłość. Myślała o tym wszystkim, gdy przytykała mu do wykrzywionych warg krawędź szklanki. I gdy dławił się jej zawartością, nie mogąc w porę przełykać i prawie się w niej topiąc.
-Pij!
Urządzał dantejskie sceny o ten czajnik. Zazwyczaj stał dzióbkiem nie w tę stronę, co trzeba
i nikt tak naprawdę nie wiedział, jak powinien stanąć. Jakby osmalony niemiłosiernie, żeliwny imbryk wyznaczał stronę świata, z której w krytycznym momencie nadciągnie przeznaczenie albo jeźdźcy Apokalipsy. Albo też stara Nowicka ze sztachetą w dupie. Z tego płotu, co okalał probostwo.
-No, pij! Nie chcesz już?
Stary nie był w stanie nawet poruszyć głową. O tym, że już nie chce, zaświadczyć mógł jedynie wyraz jego oka. Lewego oka. Odstawiła szklankę. Właściwie był to odlany ze szkła pojemnik, w jakim kupić można sarepską musztardę, śliwkowe powidła albo też masło orzechowe. Matka miała wyraźny problem z rozstawaniem się z tego rodzaju przedmiotami. Twierdziła, że kiedyś mogą się przydać. Kuchenne szafki nie domykały się więc, podobnie jak pawlacz w korytarzu.
-Jak się czujesz? - spytała. Czy też raczej - spytał ten Ktoś, kto wiódł z nią równoległy żywot już od dawna, odkąd tylko zdolna była pamiętać, rozpierając się łokciami w jej przyciasnej skórze. Dźwięk, jaki wydobył się z zaciśniętej krtani jej ojca, nie pozostawiał wątpliwości. Nie czuł się nawet tak źle, jak wyglądał, z tą strużką śliny zasychającej na podbródku. Czuł się znacznie gorzej. Na dodatek - nie władał już niczym...
-A ty mnie w ogóle znasz? Kojarzysz? Wiesz, kim jestem? - drążyła bezlitośnie. Czuła, że los posadził ją na karuzeli i rozkręca. Zaczynało jej wirować w głowie.
Stary łypał na nią jednym okiem, przerażony nie na żarty. Oto czas się nagle zatrzymał
i zaczęły obowiązywać zupełnie nowe reguły gry. Gry, w której to nie on, choć do tego przywykł, rozdawał zatłuszczone karty.
-Pamiętasz moje szesnaste urodziny? Mamut upiekł taki jebliwy tort z malinami, cały przekładany bitą śmietaną! Pamiętasz?
Nie mógł pamiętać. Nie wiedział też, o jakiego mamuta chodzi. Czytał kiedyś
o wykopaliskach na dalekiej Syberii, skojarzenia jednak wydawały mu się zbyt odległe, by je teraz zaprząc do rozmyślań, do których zmuszała go jedyna córka. Mamut... Chyba nie ma na myśli własnej matki?!
-No, pamiętasz? Nie. Bo i skąd. Byłeś w kolejnej, jebanej delegacji. Wróciłeś pod wieczór i darłeś się jak potępieniec. Odwiózł cię do domu szofer trochę tylko trzeźwiejszy od ciebie, a ty się darłeś jak obdzierany pasami ze skóry. Tak było mi wstyd... Pamiętasz? Nie. Bo i skąd.
Jego dłonie, zaciśnięte na poręczach fotela, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej pobladły. Przypominały teraz woskowe odlewy z gabinetu figur madame Tussauds. Gdyby zaciskał je na gitarowym gryfie, ucieszyliby się wszyscy ci, którzy twierdzą, że Elvis Presley nadal żyje.
-Wszystkie bez wyjątku zaproszone przeze mnie koleżanki uciekły. Został mi tylko ten tort na bitej śmietanie. I szesnaście urodzinowych świeczek. Nie zdążyłam ich zdmuchnąć!
Nienawiść. Niekiedy nie mamy pojęcia, gdzie kryją się jej zarodniki. Musi to być jednak miejsce wilgotne i mroczne, na podobieństwo tych, w których po pewnym czasie pojawiają się pleśnie. Wciągając powietrze w rozdęte nozdrza, czuła zapach zbutwienia
i rozkładu. Gdy była małym dzieckiem, babcia zabrała ją do lasu na grzyby. Nie znalazła ani jednego, zadzierając jednak głowę w poszukiwaniu ptasich gniazd, potknęła się o jakiś korzeń i zaryła nosem w butwiejącej ściółce. Poczuła wtedy tę woń... Nienawiść musi mieć zapach grzybni, odurzający i ciężki.
-Lepiej ci, tato?
Nie odpowiadał. Nie liczyła zresztą na to wcale. Spytała z grzeczności.
Troska o czyjeś samopoczucie była funkcją wychowania. Jego wychowania. Miał chyba tego świadomość, gdyż nie odpowiadał.
-Czy ty w ogóle wiesz, że ja miesiączkuję? - ruszyło ją nieźle. Do tej pory podobny scenariusz przychodził jej do głowy, gdy czytała wczesnego Kinga.
-Masz, kurwa, tato, pojęcie, że twoja córka od ośmiu lat ma nieregularne krwawienia?! Że raz w miesiącu zwija się z bólu jak wąż od pralki? Czy ty w ogóle coś o mnie wiesz? Tato?
Tato milczał, skupiony na wciąganiu powietrza w płuca. Kolor jego skóry mógł sugerować, że procent tlenu w tym powietrzu jest niższy, niż należało oczekiwać.
-A wiesz, tato, że ja fotografuję? No, o tym chyba wiedziałeś?
Nie wiedział. Żadna zmarszczka na jego, nagle postarzałej twarzy, nie świadczyła o tym, by kojarzył teraz cokolwiek. Strużka śliny na jego podbródku zaczynała wysychać. Wpatrywał się w swoje dziecko wzrokiem umęczonego Chrystusa i milczał. Nic się więc nie zmieniło. Zawsze dotąd milczał, gdy mowa była o czymś istotnym. Nikt nigdy nie zarzuci mu więc, że kiedykolwiek stanął po niewłaściwej stronie.
-Zrobiłam półtora tysiąca zdjęć w tej kawiarni na rogu. Kawy i takie desery zajebiste. Właścicielka wybrała kilkadziesiąt z nich. Zapłaciła mi mnóstwo kasy! I kawę mogę pić za darmo! I ciasto jeść. Ile chcę. Masz pojęcie?!
Nie miał pojęcia. Nic też nie wskazywało na to, że chciał je mieć. Po prostu starał się oddychać. Wkładał w to niemało wysiłku. Każdy kolejny oddech przypominał kolejny krok sapera na polu minowym, usianym żółtymi i czerwonymi chorągiewkami.
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Czy jak zawsze dotąd, masz głęboko w dupie, co mówię?!
Sytuacja była niewątpliwie dynamiczna. Nie oznaczało to bynajmniej, że musiała na niego krzyczeć. Zarazem jednak okazywało się, że może to robić. Tak, jak pragnęła, odkąd miejsce mlecznych zębów w jej dziąsłach zajął drugi, właściwy ich garnitur. Odkąd też zaczęła czuć. Krzyczała więc na niego coraz głośniej. Jedynym widocznym efektem było zwężanie się źrenicy jego oka pod wpływem decybeli. Albo, co bardziej prawdopodobne, pod wpływem narastającej w nim świadomości, że oto kolejna epoka dobiegła kresu, za którym nic już nie będzie takie samo, jak do tego przywykł. Powalony udarem leżał
w swoim fotelu, opity wodą z czajnika, wpatrując się w twarz swojego jedynego dziecka. Myślał o tym, jak to możliwe, że przeoczył moment, w którym przestało nim być? Jak to możliwe, że miejsce zwyczajnej w takich sytuacjach dumy zajmowało zakłopotanie. Czuł się niezręcznie. Czuł się zupełnie do niczego. Starość nie udała się panu Bogu. Gdy o tym słyszał dotąd, nie sądził, że da temu świadectwo już wkrótce.
-Jak się czujesz, tato?!